ROK 1031 W POLSCE
Spalone kościoły, splądrowane katedry, zgładzeni biskupi. Czy już kilka lat po śmierci Bolesława Chrobrego polscy poganie ogłosili rewoltę przeciw narzuconej im religii?
W czeskiej kronice Benedykta Minoryty pod rokiem 1031 zanotowano: „działo się w Polsce prześladowanie chrześcijan, paliły się kościoły i klasztory”.
Jeszcze plastyczniej rzecz ujął autor ruskiej Powieści minionych lat. Pod rokiem 6538 kalendarza bizantyjskiego, a więc 1030 lub 1031 według zachodniej rachuby lat, czytamy: „I był bunt w ziemi lackiej. Ludzie powstawszy pozabijali biskupów i popów i bojarów swoich”.
Dwie krótkie wzmianki. Łącznie nie więcej niż trzydzieści słów… A jednak na ich bazie budowano całe opowieści. Trudno się dziwić. Mamy do czynienia z prawdziwą pułapką na historyków. A już szczególnie na pisarzy, ceniących nie tylko fakty, ale też atrakcyjną fabułę.
Właściwie każdy wariant wydarzeń, serwowany przez literaturę, brzmi kusząco. 1031 rok to moment zwrotny w polskich dziejach. Właśnie wtedy ulubiony syn Bolesława Chrobrego, Mieszko II Lambert został przegnany z kraju, uwięziony w sąsiednich Czechach i brutalnie wykastrowany.
Tron przypadł jego starszemu bratu: bezwzględnemu Bezprymowi, który za młodu (według koncepcji prof. Błażeja Śliwińskiego) zdecydował się zostać pustelnikiem, przez co ojciec pozbawił go należnej schedy.
I właśnie wtedy nastąpiła katastrofa. Cały kraj ogarnęło potężne powstanie. Reakcja pogańska, w której wyznawcy dawnej wiary starli się z przedstawicielami nowego, chrześcijańskiego porządku.
Według jednej interpretacji gdy tylko Bezprym dowiódł, że jest władcą sadystycznym, a przy chwiejnym i pozbawionym posłuchu, zrewoltowana tłuszcza odkopała dawne pomniki, by na nowo paść na kolana przed bałwanami.
Pogańscy kapłani, ukrywający się dotąd po lasach, powrócili do swych osad, nawołując do buntu przeciw fałszywym panom. Temu, który zwisał z krzyża, i temu, który w jego imieniu zasiadał na tronie. Tłum gęstniał, w dłoniach niosąc widły, sierpy, pochodnie…
Druga, szczególnie popularna wśród naukowców wersja wydarzeń rysuje się nawet bardziej powieściowo. Wedle niej Bezprym dość się już nasłuchał psalmów. Dość czasu i sił strawił na posty, wyrzeczenia i długie modlitwy do Boga, który nigdy nie zaszczycał go odpowiedzią. Z pustelnika przeobraził się w apostatę.
Sam podburzył lud przeciwko dawnemu władcy i przeciw otaczającemu go wianuszkowi kapelanów. Liczył na to, że utuczy się na kościelnych skarbach. Rabując katedry, zapełniał własne kufry srebrem. A zdziczała czerń pod jego wodzą dawała upust buntowniczym odruchom.
Detale opowieści się różnią – szczególnie w kwestii roli, jaką w zajściach 1031 i 1032 roku odgrywał Bezprym. Do niedawna jednak niemal za pewnik uznawano główny rys historii.
Utarło się twierdzić, że za panowania nowego księcia w Polsce nastąpiła reakcja pogańska. Istna rewolucja, wymierzona w pierwszej kolejności w nową, wprowadzaną pod przymusem wiarę i w jej kapłanów.
Jakkolwiek ujmująca byłaby to wizja, trzeba ją stanowczo odrzucić. W Polsce do żadnej wojny religijnej nie doszło.
Najprościej zdyskredytować pomysły, wedle których sam Bezprym wspierał niszczenie kościołów.
Książę przepędził brata i przejął w Polsce władzę przy wsparciu niemieckiego cesarza Konrada II, powszechnie uważanego za zwierzchnika chrześcijańskiego świata. Gdyby był apostatą i bezbożnikiem, nie chodziłby raczej na pasku boskiego namiestnika na ziemi! Imperator z kolei nie wsparłby roszczeń człowieka, którego program polityczny zakładał w pierwszej kolejności ogałacanie świątyń i mordowanie kleru.
Odgórna rewolta przeciw chrześcijaństwu musiałaby zresztą znaleźć wyraz w kronikach i rocznikach epoki. To przecież byłaby prawdziwa sensacja! Władca Rzeszy pomaga osadzić na tronie człowieka, który pali katedry i biczuje sługi Jezusa…
Jeszcze mocniejsze są argumenty natury architektonicznej. Prosta sprawa. Wiemy z całą pewnością, że za panowania Bezpryma nie zniszczono ani nie obrabowano świątyń w głównych grodach państwa – w Poznaniu i Gnieźnie.
A przecież gdyby książę w istocie walczył z wiarą i łakomił się na majątki hierarchów, zacząłby chyba właśnie od tych najbogatszych i najbardziej okazałych ekspozytur łacińskiej religii.
W szwach trzeszczy nie tylko wizja Bezpryma-apostaty, ale też cała, z pozoru tak czytelnie odmalowana w źródłach historia reakcji pogańskiej. Chłopi, ujmując rzecz w najprostszy sposób, musieli mieć się przeciwko czemu buntować. Jakieś wspólne krzywdy i niedole musiały dotknąć ich tak bardzo, że aż wypowiedzieli posłuszeństwo władcy.
Klasyczna interpretacja znów brzmi czytelnie. Lud burzył się, bo zmuszano go do opłacania dziesięciny na rzecz Kościoła, zabraniano praktykowania dawnej religii i zapędzano szaraków do chrztu. Problem w tym, że… żadna z wymienionych „krzywd” nie miała miejsca.
Z nowych badań jasno wynika, że chrystianizacja, tak w Polsce, jak i w krajach sąsiednich, postępowała niezwykle opornie. W całym kraju było nie więcej niż dwadzieścia czy trzydzieści kościołów. Nowa wiara upowszechniała się głównie w naczelnych grodach, w siedzibach władcy, na jego dworze. I nikomu ten stan rzeczy nie przeszkadzał.
Może i Bolesław Chrobry lubił od czasu do czasu popisywać się surowym traktowaniem grzeszników (przybijał ich za moszny do mostów, wybijał im zęby), ale to były działania czysto propagandowe.
W rzeczywistości król nie przykładał szczególnych starań do krzewienia Bożych przykazań wśród chłopów. Na początku XI stulecia wciąż powszechne były tradycyjne pogańskie pochówki. A władca nie miał sił ani nawet chęci potrzebnych, by wyplewić dawne wierzenia.
Wreszcie rzecz najważniejsza, bo przecież ludzie chętniej walczą o swój majątek niż o efemeryczne ideały. W Polsce Kościół wcale nie ciemiężył ludu. Za panowania Chrobrego i Mieszka II nie pobierano żadnych podatków przeznaczonych ściśle na rzecz instytucji religijnych.
Zresztą, nawet w Europie Zachodniej, gdzie Kościół stanowił jeden z filarów porządku społecznego, dopiero zaczynano myśleć o wprowadzeniu powszechnych i obowiązkowych dziesięcin. Słowem, nie było po co buntować się przeciw chrześcijańskiemu Bogu.
Kolejny argument wiąże się z samym charakterem pogańskich wierzeń. Liczne publikacje powielają panteony słowiańskich bóstw czczonych nad Wisłą, a nawet opisują kasty kapłańskie i konkretne rytuały religijne. Wszystkie one opierają się jednak wyłącznie na domysłach, abstrakcyjnych teoriach i porównaniach z innymi religiami.
W rzeczywistości nie istnieją żadne wiarygodne źródła, dowodzące istnienia na obszarze Polski złożonej, zorganizowanej religii w okresie przedchrześcijańskim. Nie wiadomo nic pewnego o istnieniu świątyń pogańskich, a tym bardziej o samym kulcie. Nie są też znane – znów wbrew utartej opinii – imiona bogów czczonych przez pra-Polaków.
99% tego, co wydaje nam się, że wiemy o polskim pogaństwie zrodziło się w głowach historyków, etnologów, religioznawców oraz… współczesnych rodzimowierców.
W świetle potwierdzonego materiału archeologicznego i historycznego wierzenia naszych przodów były proste, pierwotne, oparte na respekcie względem natury i na nieuniknionym poczuciu przemijania. Nie stały w sprzeczności z chrześcijaństwem, a tym bardziej nie stanowiły dla niego konkurencji (więcej na ten temat napiszę w osobnym artykule).
Pogaństwa nie trzeba było tępić, a chrześcijaństwa – wprowadzać pod groźbą miecza. Te dwa światy przez całe stulecia funkcjonowały obok siebie. I jeśli wziąć pod uwagę, ilu przesądom wciąż ulegamy, to na dobrą sprawę funkcjonują nadal w XXI wieku.
Żadna reakcja pogańska nie wybuchła, bo i nie mogła wybuchnąć. Nie znaczy to jednak, że rocznikarze kłamali. By zrozumieć notatki o prześladowaniu chrześcijan, trzeba wziąć pod uwagę, spod czyjej ręki wyszły.
Wszyscy dziejopisarze tej epoki byli jednocześnie księżmi, biskupami albo mnichami. Ludźmi wiary. W oczywisty sposób najbardziej interesowali się krzywdami, jakie ponosił Kościół.
Jeśli tylko zginął ich konfrater, jeśli zniszczono tę czy inną świątynię, dowolny bunt zamieniał się w ich oczach w pogańską rebelię. Gdyby jednak Polskę naprawdę zalała fala religijnej nienawiści, pomordowanych biskupów należałoby wynieść na ołtarze. Kościół tymczasem nie zna ani jednego męczennika 1031 roku.
Jeśli jacyś hierarchowie czy opaci zginęli w tych trudnych miesiącach, to w zwyczajnych zamieszkach. Co tu dużo mówić – jako urzędnicy królewscy i ludzie majętni stawali się naturalnymi ofiarami każdego buntu.
Reakcję pogańską najwyższa pora przemianować na powstanie ludowe. Nie pierwsze, bo do podobnych buntów dochodziło już za panowania Bolesława Chrobrego. I nie ostatnie: bo właśnie seria wewnętrznych rebelii doprowadziła do upadku trzech kolejnych piastowskich władców. Mieszka II, Bezpryma i Kazimierza Odnowiciela.

Komentarze
Prześlij komentarz